Premier zwyzywany w meczecie od "gnijących psów": Niezwykle pozytywne przyjęcie
Na miejscu była obecna grupa wyznawców islamu, która miała wyrazić w ten sposób swoje oburzenie jego stanowiskiem w sprawie wojny Izraela z Hamasem.
Jak opisuje The Telegraph, Albanese’a zasypano obraźliwymi epitetami. Usłyszał m.in., że jest "gnijącym psem" i "zwolennikiem ludobójstwa". Muzułmanie nawiązywali do śmierci Palestyńczyków zabijanych przez wojska izraelskie w Strefie Gazy. "Dlaczego on tu jest? Wynieście go stąd!" – krzyczała część zgromadzonych.
Premier Australii zwyzywany w meczecie
Na platformie X opublikowano nagrania pokazujące premiera obok ministra spraw wewnętrznych Tony'ego Burke'a w meczecie Lakemba w Sydney, gdzie udał się w związku ze świętem Eid – zakończeniem miesiąca Ramadanu.
Na materiałach video widać, że większość muzułmanów obecnych w sali nie jest agresywna. W trakcie zamieszania Gamel Kheir, sekretarz meczetu, zaapelował o zachowanie spokoju, a protestujący zostali odgrodzeni od polityka przez innych wyznawców.
– Szanujcie miejsce, w którym się znajdujecie – powiedział sekretarz meczetu. – Musimy angażować się i prowadzić szczery i otwarty dialog z naszymi przywódcami politycznymi, a nie unikać ich i zamykać się w sobie – zaapelował.
Ostatecznie Albanese'a pod eskortą ochroniarzy zaprowadzono do biura wewnątrz meczetu, skąd wyprowadzono go z budynku i wsadzono do kolumny samochodów. Nie jest do końca jasne, czy nastąpiło to zgodnie z planem po zakończeniu spotkania, czy musiał być "ewakuowany" wcześniej.
Gdy wychodził słychać było okrzyki "Wstydź się!” i obelżywe określenie "Alba-tizi", będące pogardliwą grą słów nawiązującą do jego nazwiska i oznaczającą pośladki.
"Chce tu przyjechać po uściśnięciu dłoni prezydenta Izraela, który ma krew na rękach" – powiedziała jedna z osób, która skonfrontowała się słownie z premierem. "Przyjazd tutaj i zachowywanie się, jakby nic się nie stało, to hańba" – relacjonuje The Telegraph.
Albanese: Niezwykle pozytywne przyjęcie, nikt mnie nie zaczepiał
Sam Albanese stwierdził po wizycie, że przyjęcie zrobiło na nim ogromne wrażenie i "było niezwykle pozytywne". Powiedział też reporterom, że przeszedł przez tłum do meczetu i nikt go nie zaczepiał. W środku było kilku zaczepiających. Udało się im uporać.
– Wbrew sugestiom, nikt nie został wyproszony – tłumaczył. – Po prostu tam siedzieliśmy. Społeczność sama się tym zajęła, ponieważ w zdecydowanej większości nie chciała, żeby do tego doszło – dodał.